Jeżdżę na tirze już dwadzieścia lat, ale jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło. Pojechałem na skład celny po jakieś kontenery i wyszło na jaw, że nie zostało uregulowane za nie cło. Dyrektor normalnie się wściekł, bo jechałem aż z Katowic do Gdyni. Kazał mi wyłożyć kasę z karty firmowej którą miałem na opłaty za paliwo i ewentualne naprawy. Kiedy już załadowali jeden duży kontener na naczepę mogłem ruszyć w drogę powrotną. Gdzieś w okolicach Radomia zacząłem odczuwać chęć drzemki więc zjechałem na miejsce parkingowe przy Statoilu i postanowiłem pospać jakieś dwie godzinki. Kiedy spałem jakieś małolaty ukradły mi koło zapasowe. Bez wątpliwości nie miałem o tym zielonego pojęcia i nic nie podejrzewając ruszyłem w dalszą drogę. Byłem na obrzeżach już do Janek pod Warszawą kiedy jeden kolega na CB powiedział mi, że jedno koło mi obciera. Nie maiłem gdzie stanąć na poboczu więc postanowiłem podjechać około kilometra gdzie miał znajdować się ogromny parking przy sklepie. Niestety nie dotarłem bo po chwili wybuchły mi dwie tylne opony na bliźniaku. Cały ładunek niebezpiecznie się przechylił i ściągnął mnie na trawnik, wpadłem w jakieś stoły przy barze i na szczęście nikogo przy nich nie było. Po dziesięciu minutach przyjechała policja i zaczęło się spisywanie. Za stoły miała oddać moja firma transportowa, a ja musiałem nabyć dwie nowe opony … i co się okazało? Firmowa karta była pusta. Znalazłem się czterysta kilometrów od firmy i potrzebowałem natychmiast cztery tysiące zł na nowe opony. Do szefa nie mogłem się dodzwonić, znikąd pomocy. Na szczęście obok przejeżdżał jakiś koleś i powiedział mi, że ma jakieś stare opony na pace i może mi je zostawić. Po naprawieniu zepsutego hamulca i wymianie kół dojechałem do firmy już bez żadnych problemów. Szef później obiecał mi, że sam będzie regulował cło i nie zostawi mnie w sytuacji, że zostanę bez kasy na drugim końcu Polski.