Niedawno po bardzo nieprzyjemnym wypadku musiałem udać się do szpitala po zmianę opatrunku i wysłuchać poleceń lekarza. Umówiłem się dzień wcześniej na konkretną godzinę. Stawiłem się o wyznaczonej porze pod gabinetem lekarskim. Ale nie dane mi było załatwić szybko sprawy, gdyż pod drzwiami doktora ustawiło się 10 osób. Nieważne były wcześniejsze ustalenia. Cóż miałem robić? – Czekałem i czekałem łącznie 3,5 godziny. W połowie dystansu z gabinetu wyszła kobieta uradowana jak nikt w przychodni i powiedziała do swojego męża, który czekał na nią: „Ups! Zagadałam się…” O nie, człowiek traci ponad trzy godziny z dnia, kiedy musiał się zwolnić z pracy, a tutaj urządzają sobie pogawędki. Frustracja większości oczekujących osiągnęła apogeum, co widać było po ich mimice twarzy…
Niektórym lekarzom trzeba by przypomnieć niektóre sentencje z początków ich kariery, np.: „Nie szkodzić”. A czymże jest wobec pacjentów tak kiepska organizacja pracy i zapisów do lekarza? Ludzie tracą swój cenny czas, którego nikt im nie zwróci, czego można by uniknąć gdyby w przychodniach zapanował porządek. Wszyscy z oczekujących miała problem podobny do mojego – zmiana opatrunku małego lub średniego, która trwała maksymalnie 15 min. i to z dużym marginesem błędu. Organizatorzy pracy w przychodni po kilkunastu latach mogliby wpaść na ten błyskotliwy pomysł, który mi przyszedł za pierwszym posiedzeniem pod drzwiami gabinetu: Zmierzyć średni czas jaki schodzi na zbadanie i opatrzenie jednego pacjenta, a następnie wpisywać ich w takich odstępach czasowych na listy oczekujących. Nawet gdyby na jakimś ciężkim rzadkim przypadku medykom zeszłoby nieco dłużej, to przecież i tak opóźnienie nie będzie dłuższe niż góra 25 min. Proste? W ten sposób pacjenci zamiast bezczynnie zwalniać się na cały dzień z pracy i sterczeć w przychodniach mogliby się zająć ofiarnym wykuwaniem naszego skromnego PKB. Jestem pewien, iż zastosowanie tego prostego rozwiązania przyczyniłoby się do przyspieszenia choćby odrobinkę tempa naszej gospodarki.
Niewątpliwie takie podstawowe elementy zarządzania powinny znaleźć miejsce w literaturze, która jest lekarzom nieobca. Chodzi mi o książki medyczne. Na pewno obok obszernych tomów poszczególnych działów anatomii studentów medycyny znalazłoby się miejsce na skromny podręcznik menadżerstwa, tym bardziej, że często jeszcze dyrektorami szpitali są nie zawodowcy, którzy ukończyli studia lub kursy z zarządzania, ale zwykli lekarze. Odbiłoby się to pozytywnie zarówno na zadowoleniu pacjentów jak i wciąż kulejących budżetów szpitali. Sądzę też, że termin książki medyczne już niedługo powinien w powszechnym rozumieniu zawierać również podręczniki z podstaw marketingu i zarządzania. Tak tak, nie przesłyszeli się państwo – otóż w Polsce dąży się by szpitale i przychodnie stawały się przedsiębiorstwami prawa handlowego, a co za tym idzie będą musiały walczyć o klienta z rosnącymi jak grzyby po deszczu klinikami prywatnymi, które jeszcze długo będą w stanie zaoferować pacjentom znacznie wyższy standard usług niż placówki publiczne.
Dostępność literatury edukującej dla adeptów sztuki medycznej jest przecież bardzo duża – po wpisaniu w wyszukiwarce hasła „księgarnia medyczna” ukazuje nam się długa lista. Wchodząc w jedną z tych stron możemy zakupić bez ruszania się z domu książkę z zakresu medycyny i pokrewnych zagadnień.